|
“......... oglądajcie oczami, a nie rękami ........” (ogłoszenie w małym sklepiku)
Pojawiały się wciąż nowe działy, a rozdział “Drażnienie kobry” stale witał czytelnika napisem “W niedalekiej przyszłości”. Dlaczego? Po prostu zastanawiałem się czy go napisać, a jeśli tak to jak on powinien wyglądać i czego powinien dotyczyć. W jakim stopniu szczegółowości opisać wszystko to, z czym na pewno nie powinno się igrać. Podczas wypraw widziałem nie zakopane dołki, a w nich lub obok wyciągnięte z gruntu różnego rodzaju “pozostałości” z okresu wojen. Ktoś je znalazł, poruszył i w końcu wydobył. Dotąd uśpione leżały głęboko nie zagrażając nikomu, tym razem podarowały życie “odważnemu” poszukiwaczowi, tak pozostawione czyhają teraz na kogoś innego. W końcu zdecydowałem się. Przeważyła chęć uświadomienia wszystkim z czym mają do czynienia i jakie potencjalne skutki niesie ze sobą „Drażnienie kobry”. Napisanych 1000 słów nie do wszystkich dotrze, dlatego znalazłem odpowiednie ilustracje. Żyjemy w społeczeństwie “obrazków”, może one wbijając się w pamięć wytłumią dziecięcą ciekawość, fałszywie pojętą odwagę i wreszcie uaktywnią wyobraźnię. Napisałem ten rozdział ku przestrodze i nie jest to na pewno podręcznik “sapera hobbysty”.
“Nie dotykaj tego, nie dotykaj tamtego ......” Już od dzieciństwa te słowa prześladują przyszłego poszukiwacza skarbów. “Nie dotykaj pieska, nie dotykaj cukierków, nie dotykaj cudzych zabawek .......”. Bardzo szybko dziecko - przyszły amator skarbów zrozumie, że jeśli coś jest zabronione, to jest to coś dobrego, smacznego lub bardzo drogiego. Z wiekiem to przekonanie jest coraz silniejsze. Ale ta prawidłowość ma pewne wyjątki. Są takie przedmioty, których dotykać rzeczywiście “NIE WOLNO”.
Ten mały, zardzewiały i z pozoru “zwyczajny” kawełek żelaza z charakterystycznym “gwintem” jest najbardziej niebezpiecznym typem granatu. Stosowany był w czasie II WS przez żołnierzy polskich i niemieckich. Po wyciagnięciu zawleczki, już w czasie lotu zwolniona sprężysta taśma odwijała się odbezpieczając głęboko ukryty wewnątrz granatu mechanizm zapalnika. Dotąd zablokowany ciężarek z iglicą mógł teraz przesuwać się swobodnie. Granat wybuchał w momencie uderzenia dowolną powierzchnią w przeszkodę - typ udarowy, bez zwłoki. Jednak, jeśli granat spadł na miękką powierzchnię (błoto, śnieg) lub taśma nie zdążyła się rozwinąć to leży on do dziś czekając na pierwszy wstrząs. Wstrząs może nastąpić w momencie dotknięcia łopatą przez kopiącego miłośnika schowanych w ziemi “rarytasów”. Elementy zapalnika były wykonane z materiałów odpornych na korozję. Wybuch może nastąpić wcześniej niż dostrzeżemy niebezpieczeństwo. Dlatego jeśli detektor sygnalizuje mały kawałek żelaza, daleko mniejszy niż sygnał towarzyszący innym pozostałościom z wojen, to wykopywanie takiego przedmiotu należy wykonywać bardzo ostrożnie. Zasięg odłamków takiego “cuda” - około 15m. Neutralizacja - TYLKO poprzez wysadzenie w powietrze przy pomocy innego ładunku wybuchowego. Zostawmy tą przyjemność zawodowym saperom.
Inna odmiana (słoneczna Italia) tego typu granatu.
Brak zawleczki i sprężystej taśmy powinien postawić nas w stan maniakalnej czujności. Granat jest aktywny. Zapalnik ukryty wewnątrz granatu wykonany jest z nierdzewnych materiałów. Jest w 100% sprawny i czeka na najmniejszy wstrząs.
Pola bitew usiane są milionami odłamków powstałych po detonacji tysięcy pocisków. Nie wszystkie pociski detonowały. Niektóre z nich wbiły się w grunt i leża tam do dziś. Około 30% “znalezisk” związanych z niezdetonowanym “śmiercionośnym żelastwem” przypada na pociski wystrzelone z granatników. Są to przedmioty spore, generują dużej mocy sygnały, przez co nie pozwalają spenetrować detektorem gruntu w swoim otoczeniu. Początkujący “łowcy przygód” wiedzeni dziecięcą ciekawością, chęcią spenetrowania wszystkiego i nieposiadający w dostatecznym stopniu rozwiniętego instynktu samozachowawczego próbują wydobyć je na światło dzienne. Chcą wszystko uwiecznić - sfotografować, ale może to być fotografia z rodzaju “na wieczną pamięć”.
Nasz detektor sygnalizuje cel dodatni, pomimo tego, że w gruncie leży skorodowany żelazny pocisk. Dlaczego tak jest? Ładnie “dzwonią” mosiężne pierścienie prowadzące (zdjęcie powyżej), kołpaki zapalników lub niklowane inne ich części.
Zdjęcia powyżej przedstawiają kilka rodzajów “granatnikowych niespodzianek”. Różnią się kalibrem, kształtem, wagą i wyglądem zapalników. Pomimo tych różnić sposób funkcjonowania zapalników jest bardzo podobny. W momencie wystrzelenia zapalnik zostaje uzbrojony. Od tej chwili każdy wstrząs może skutkować detonacją. Tego typu pociski są bardzo czułe na wszelkiego typu udary w osi podłużnej, od strony “nosa” lub od strony “ogonka”. Częstym “śmiertelnym” błędem jest chęć pozbycia się takiego przedmiotu w celu oczyszczenia pola. Poniżej przedstawię konstrukcję typowego zapalnika by wszyscy zrozumieli, dlaczego pocisków nie powinno się muskać skrzydłem motyla, nie wspominając nawet o ruszaniu takich “zabawek”.
Na fotografii powyżej pokazano konstrukcję typowego zapalnika udarowego (zapalnik rosyjski typu M1). W nieuzbrojonym zapalniku środkowa biała jego część jest schowana. W momencie uzbrojenia, część ta wysuwa się odsłaniając na jednym z boków czerwoną kreseczkę. Od tego momentu dowolny wstrząs lub udar zwłaszcza w osi podłużnej pocisku spowoduje nakłucie kapsułki przez odblokowany ciężarek zakończony iglicą. Elementy zapalnika wykonane są z materiałów nierdzewnych i pomimo że sam pocisk wygląda na bardzo skorodowany to jest w dalszym ciągu w 100% sprawny. Często ruchomy element zapalnika przykrywany był wkręcanym kołpakiem, pod nim nie widać, czy pocisk jest uzbrojony czy też nie. Zdjęcia powyżej pokazują konstrukcję zapalnika. Nic tam ciekawego nie ma. Tak, więc nie warto podejmować prób odkręcenia zapalnika. Cena zaspokojenia zawsze towarzyszącej człowiekowi ciekawości może być bardzo wysoka.
Mechanizm zapalnika jest bardzo prosty. Składa się z ciężarka z iglicą, sprężynki, dwóch cylinderków i trzech kulek.
Przed wystrzeleniem pocisku ciężarek z iglicą jest zablokowany dwiema kulkami wewnątrz dolnego cylinderka. Nie mogą one wypaść, ponieważ nie pozwala na to zewnętrzny cylinderek stale podtrzymywany sprężynką i trzecią kulką. W momencie wystrzału na skutek inercji zewnętrzny cylinderek przesunie się w dół. Wtedy wypadnie blokująca go kulka.
W najwyższej części trajektorii lotu pocisku, sprężynka przesunie zewnętrzny cylinderek. Wypadną dwie pozostałe kulki, które dotychczas blokowały ruch ciężarka zakończonego iglicą. Pocisk jest uzbrojony. Górny element ciężarka wystaje ponad obudowę zapalnika. Na wystającym boku ciężarka widać czerwoną kreskę. A to oznacza, że dowolny wstrząs może doprowadzić do detonacji pocisku.
W momencie uderzenia pocisku w dowolną przeszkodę, zewnętrzny cylinderek, a z nim i ciężarek zakończony iglicą przesuną się w dół. Dolny cylinderek przesunie się do góry. Iglica przejdzie przez otwór w dnie wewnętrznego cylinderka i przekuje kapsułkę detonatora. Jeśli na zapalnik nakręcono metalowy kołpak, detonacja będzie opóźniona. Pocisk wbije się na pewna głębokość w grunt i dopiero tam eksploduje.
|

|

|
|
Pocisk nie uzbrojony (50 mm)
|
Pocisk uzbrojony
|
|
W dolnej części “granatnikowego” pocisku znajduje się duża mosiężna spłonka przeznaczona dla detonacji ładunku prochowego. Jeśli pocisk “wbił” się w grunt i nie eksplodował, to podczas poszukiwań detektor zareaguje na niezbyt dużą powierzchnię pionowo ustawionych stabilizatorów pocisku (skrzydełka) i na dużą powierzchnię spłonki wykonanej najczęściej z mosiądzu (metal “kolorowy”). Detektor TM-808 zasygnalizuje metalowy przedmiot, Spectrum obwieści światu, że na głębokości 20-40 cm znajduje się cel dodatni. Sygnał może być zakłócany obecnością żelaza. Podczas wydobywania “cennego” obiektu najpierw z gruntu wyłoni się “ogonek” pocisku. Próba wydobycia znaleziska skutkuje tym, że świetnie zachowany ciężarek zakończony iglicą poruszy się w dolnym cylinderku. Przebije kapsułkę detonatora, nastąpi detonacja głównego ładunku pocisku i odgłos wybuchu odbije się głośnym echem w okolicznych lasach.
Istnieje przekonanie, że niewystrzelony pocisk (spłonka nienaruszona) jest bezpieczny. Ale w przyrodzie mogą zajść pewne okoliczności, które przeczą tej bardzo odważnej teorii. Jeśli pocisk był uderzony, to zapalnik mógł się odbezpieczyć i czeka teraz cierpliwie na najmniejszy wstrząs. Tuż po wojnie najczęściej stosowaną metodą detonacji niewystrzelonych, wszędzie znajdowanych pocisków było duże ognisko. Zbierano ich kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt, rozpalano nad nimi wielkie ognisko. Następowała detonacja i ....... po robocie. Ale zwykle detonował jeden lub dwa, reszta rozlatywała się w promieniu kilkudziesięciu metrów. Były pogięte, zdeformowane i w wielu z nich zapalnik się uzbrajał. Spłonki mogły pozostać nieuszkodzone pomimo tego, że to właśnie one są najbardziej czułe na wysoką temperaturę. Poruszenie takiego uszkodzonego pocisku może spowodować wielką przykrość. Jeszcze innym powodem zagrożenia, jakie niesie za sobą “zardzewiały złom” zwłaszcza ten wyprodukowany w fabrykach niemieckich u schyłku wojny było zjawisko sabotażu. Większość robotników przymusowo zatrudnionych w koncernach produkujących sprzęt i wyposażenie wojskowe stanowili więźniowie, którzy jak tylko mogli “psuli produkcję”. Stąd na front docierały transporty amunicji z wadliwie działającymi mechanizmami zapalników.
Jest jeszcze jeden powód zagrożenia jakie niesie ze sobą czające się w ziemi “śmiercionośne żelastwo”. Otóż powodem tym jest nieobliczalne zachowanie się materiałów wybuchowych. Zamknięte w skorodowanych korpusach zmieniają one wraz z upływem czasu swoje właściwości. Wchodzą w reakcje chemiczne z minerałami znajdującymi się w ziemi i nieprzytomnie sypanymi w niedalekiej przeszłości nawozami sztucznym, a także związkami dostającymi się do gleby w postaci kwaśnego deszczu. Dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć jak zachowa się materiał wybuchowy znajdujący się wewnątrz amunicji leżącej w ziemi 60 - 80 lat. Detonacja może nastąpić nawet samoistnie podczas wysychania ładunku.
Najbardziej niebezpiecznym rodzajem ładunku wybuchowego wykorzystywanego podczas produkcji amunicji był pikrynowy kwas (2,4,6-trinitrofenol, C6H2OH(NO2)3 - związek org; trujący, silnie wybuchowy, mocą i wrażliwością przewyższający trotyl).
Pikrynowy kwas wynaleziono w 1771 roku jako żółty barwnik przeznaczony do farbowania płótna i jedwabiu. Produkowany był z innego barwnika - indygo. Po pewnym czasie nastąpiła seria katastrof. Zakłady produkujące nowy barwnik i farbiarnie, w których go wykorzystywano wylatywały w powietrze. Zajęto się tym problemem. Dla “barwnika”, ze względu na jego fenomenalne właściwości wybuchowe znaleziono nowe zastosowanie - zaczęto wypełniać nim amunicję. Był to pierwszy w historii rodzaj materiału wybuchowego, który chociaż brzmi to dziwnie, uznawany był wtedy za bardzo bezpieczny (nie detonował w czasie wystrzału). Amerykanie bardzo długo wykorzystywali ten rodzaj materiału. Zaletą była moc ładunku i fakt, że po detonacji wszystko w promieniu rażenia przybierało demaskującą jaskrawo żółtą barwę w tym oczywiście i żołnierze. Stąd nazwa pocisków - “kanarki”.
Pikrynowy kwas produkowano w wielu krajach, posiadał też różne nazwy (melinit - Francja, liddit - Anglia, pertit - Italia, szimize - Japonia). Jednak po eksplozjach mających miejsce w czasie jego produkcji, okazało się, że związek ten ma bardzo nieprzyjemną właściwość. Łatwo wchodzi w reakcje z żelazem, związkami chemicznymi zawartymi w farbach i tynkach hal produkcyjnych i nawet z przewodami elektrycznymi. W wyniku zachodzących reakcji chemicznych powstawały sole - tak zwane, pikraty w formie żółtych kryształków bardzo czułych na wszelkiego rodzaju wstrząsy i uderzenia. Wybuchały one bardzo łatwo stając się świetnym detonatorem dla kwasu pikrynowego. W celu wyeliminowania procesu powstawania pikrat wnętrza pocisków pokrywano lakierem, cynowano je. Jednak próby te nie dały zadawalających efektów. Niebezpieczne kryształki, wcześniej czy później, jednak zawsze powstawały. Amunicja po dłuższym czasie stawała się bardzo niebezpieczna. W końcu, na początku ubiegłego wieku zrezygnowano z tego rodzaju materiału wybuchowego. Zaczęto wykorzystywać trotyl, materiał bardziej stabilny - bezpieczniejszy.
Jednak w czasie I i II WS olbrzymie zapotrzebowanie walczących stron na materiał wybuchowy spowodowało ponowne podjęcie produkcji kwasu pikrynowego. Ilość wytwarzanych tego typu materiałów była wprost gigantyczna. Ponieważ od produkcji do momentu dostarczenia amunicji na front upływało nie wiele czasu, zjawisko tworzenia się pikrat praktycznie nie występowało. Materiał ten stosowano powszechnie podczas produkcji wszelkiego rodzaju pocisków, min i nawet granatów ręcznych. Z różnych powodów nie wszystkie z nich eksplodowały, część z nich wypełniona kwasem pikrynowym leży w ziemi do dziś. Na polach często widać leżące duże odłamki, rozerwane na pół (w osi podłużnej lub w osi poprzecznej) pociski. Oznacza to, że są to pozostałości po nie pełnej detonacji i część niezdetonowanego materiału wybuchowego może pozostawać na ich powierzchni. Przy prawidłowej detonacji pocisk, mina czy granat rozrywane były na setki małych kawałeczków. Jeśli na tych z pozoru już nie groźnych większych odłamkach zobaczymy biały, czerwony, jaskrawo żółty nalot lub żółte kryształki to pora “odmówić ostatnią modlitwę”. Dotknięcie ich łopatą, a nawet podniesienie z ziemi w celu dokładniejszych oględzin (dotknięcie ręką) może spowodować wybuch powstałych pikrat i w rezultacie detonację pozostałego kwasu pikrynowego. Powstały nalot i kryształki często są brane za rdzę. Tu nie ma miejsca na pomyłkę, błędna interpretacja może kosztować bardzo wiele. Pikrynowy kwas praktycznie nie rozpuszcza się w wodzie. Na powierzchni odłamków, wewnątrz “śmiercionośnego żelastwa” może trwać na posterunku przez następne setki lat.
Wcześniej czy później każdy poszukiwacz spotka na swojej drodze pozostałości wojen. Dlatego, lepiej trzy razy pomyśleć niż raz dotknąć tego czegoś, czego dotykać “NIE WOLNO”. A tak na marginesie, czy “POTRZEBNE SĄ WAM TKIE PROBLEMY”?
Volkmark mailto: volkmark@gmail.com
|